O dystrybucji budżetu na Uczelni Krzysztof M. Abramski, profesor, Wydział Elektroniki Dwa lata temu byliśmy świadkami bolesnej porażki Politechniki Wrocławskiej w ministerialnym konkursie o miano „Uczelni Badawczej”. Zauważyłem, że wywołało to olbrzymie poruszenie wśród pracowników, zwłaszcza młodych, którym od długiego czasu wmawiano jaką to jesteśmy wspaniałą uczelnią. Widać to było po frekwencji młodych na otwartym spotkaniu z władzami uczelni poświęconym temu przygnębiającemu epizodowi. Przyznajmy, był to kubeł zimnej wody, o którym szybko jednak zapomniano, bo pojawił się ważny temat zastępczy – koronawirus. Przy mijającej pandemii, jest pora, aby wrócić do tematu . Od pięćdziesięciu lat jestem obserwatorem i uczestnikiem życia akademickiego, zwłaszcza wrocławskiego. Jako tak zwany młody pracownik naukowy pamiętam, że przez prawie 20 lat końcówki komunizmu (1970–1990) rozwój naukowy grup badawczych możliwy był dzięki bardzo skromnemu finansowaniu państwa, polegającemu nie na grantach, ale raczej na tym, kto ile „wynegocjował” od dyrektora instytutu, dziekana, rektora. Nie było żadnych jasnych reguł rozdziału pieniędzy, a jeśli nawet były, to niestety znane było tylko nielicznym i wtajemniczonym, ale nie młodym. Miałeś młody pracować naukowo, nauczać, mogłeś zarabiać najwyżej jakieś zlecone, ale żadnych racjonalnych i przejrzystych reguł. Wydawało się, że po 1990 coś się zmieni, przynajmniej powinno, i to radykalnie. Tymczasem te zmiany może symbolizować jedna fraza z przypadkowo usłyszanej przeze mnie rozmowy pewnego „profesora wrocławskiego” zagadującego „profesora warszawskiego” – „Jasiu, jak tam u was w Warszawie? Są jakieś zmiany? Bo u nas udało się wszystko utrzymać po staremu”. W tej powyższej wypowiedzi zasadza się cała istota przemian naszej uczelni po 1990 roku i zapewne nie tylko naszej. Nie jest moim celem biadolenie. Chcę w tym wywodzie poruszyć istotną sprawę – pieniędzy, a dokładnie ich rozdziału. Ale od początku. Rolą uczelni (zwłaszcza badawczej) są badania i nauczanie (choć traktowane równorzędnie, to w takiej właśnie kolejności, jak czasami wydawany werdykt meczu bokserskiego – „remis ze... Dowiedz się więcej
O dystrybucji budżetu na Uczelni
Krzysztof M. Abramski, profesor, Wydział Elektroniki
Dwa lata temu byliśmy świadkami bolesnej porażki Politechniki Wrocławskiej w ministerialnym konkursie o miano „Uczelni Badawczej”. Zauważyłem, że wywołało to olbrzymie poruszenie wśród pracowników, zwłaszcza młodych, którym od długiego czasu wmawiano jaką to jesteśmy wspaniałą uczelnią. Widać to było po frekwencji młodych na otwartym spotkaniu z władzami uczelni poświęconym temu przygnębiającemu epizodowi. Przyznajmy, był to kubeł zimnej wody, o którym szybko jednak zapomniano, bo pojawił się ważny temat zastępczy – koronawirus.
Przy mijającej pandemii, jest pora, aby wrócić do tematu . Od pięćdziesięciu lat jestem obserwatorem i uczestnikiem życia akademickiego, zwłaszcza wrocławskiego. Jako tak zwany młody pracownik naukowy pamiętam, że przez prawie 20 lat końcówki komunizmu (1970–1990) rozwój naukowy grup badawczych możliwy był dzięki bardzo skromnemu finansowaniu państwa, polegającemu nie na grantach, ale raczej na tym, kto ile „wynegocjował” od dyrektora instytutu, dziekana, rektora. Nie było żadnych jasnych reguł rozdziału pieniędzy, a jeśli nawet były, to niestety znane było tylko nielicznym i wtajemniczonym, ale nie młodym. Miałeś młody pracować naukowo, nauczać, mogłeś zarabiać najwyżej jakieś zlecone, ale żadnych racjonalnych i przejrzystych reguł. Wydawało się, że po 1990 coś się zmieni, przynajmniej powinno, i to radykalnie. Tymczasem te zmiany może symbolizować jedna fraza z przypadkowo usłyszanej przeze mnie rozmowy pewnego „profesora wrocławskiego” zagadującego „profesora warszawskiego” – „Jasiu, jak tam u was w Warszawie? Są jakieś zmiany? Bo u nas udało się wszystko utrzymać po staremu”. W tej powyższej wypowiedzi zasadza się cała istota przemian naszej uczelni po 1990 roku i zapewne nie tylko naszej.
Nie jest moim celem biadolenie. Chcę w tym wywodzie poruszyć istotną sprawę – pieniędzy, a dokładnie ich rozdziału.
Ale od początku. Rolą uczelni (zwłaszcza badawczej) są badania i nauczanie (choć traktowane równorzędnie, to w takiej właśnie kolejności, jak czasami wydawany werdykt meczu bokserskiego – „remis ze wskazaniem na …”). Zawsze były jakieś algorytmy przydziału pieniędzy uczelniom z Ministerstwa. Nie znałem ich wcześniejszych wersji, ale od czasu, kiedy zostałem kierownikiem zakładu, a potem katedry (2002, 2007), życie zmuszało mnie choćby próbować dociekać jak ta dystrybucja działa. Władze uczelni przydzielały tzw. pieniądze budżetowe wydziałom według sobie tylko znanego algorytmu (powiedzmy quasi-ministerialnego). Na Wydziałach zapanowały dwa modele redystrybucji pieniędzy:
1. Pierwszy model, bardzo prosty, „cały budżet w rękach dziekana” (to wydział odpowiadał za płace, obsługę wszystkiego i wszystkie opłaty), a do dziekana szło się ewentualnie po „ekstrasy”.
Z góry osądzę, że to model absolutnie demotywujący, beznadziejnie niesprawny, niesprawiedliwy, bez perspektyw rozwoju i nawet nie zamierzam tego wyjaśniać.
2. Drugi model, wprowadzony chyba z siedem lat temu, opierał się na algorytmie bazującym też na ministerialnym, bardziej albo mniej modyfikowanym na wydziale, z budżetem rozdzielanym na katedry (moja katedra od lat brała udział w tej procedurze). Zatem jednostką odpowiedzialną za bilansowanie budżetu była katedra, która dysponowała pieniędzmi na wszystko (płace, obsługę, sprzątanie, media itp.) Pełna samorządność. To jest niełatwe, ale to zmusza kierownika i pracowników katedry do racjonalnego gospodarowania każdą złotówką.
Wyjątek stanowił budżet rozdysponowany w roku 2020, który charakteryzował się tym, że za nim nie stał żaden racjonalny algorytm.
Algorytm ministerialny zwykle uwzględnia/ł pięć zasadniczych elementów z różnymi wagami:
- czynnik kadrowy,
- czynnik dydaktyczny („magiczna 13”),
- dorobek naukowy (publikacje, patenty),
- aktywność naukową (granty, zlecenia, ekspertyzy, działalność międzynarodowa),
- rozwój młodej kadry (doktoranci, habilitacje).
Zrównoważony rozwój, uwzględniający te wszystkie elementy, powinien pozwalać katedrze, zwłaszcza przy dobrym gospodarowaniu, wychodzić z budżetem na plus. Niestety, są katedry, które wykazują istotne braki z powodu:
- przerostu kadry (duże koszty),
- deficytu publikacyjnego,
- braku aktywności naukowej (grantów, zleceń, a więc choćby braku tzw. narzutów)
i ich wyniki finansowe są niepomyślne. Są katedry, gdzie cała para idzie w zarabianie na „nadgodzinach dydaktycznych”. Młodych ludzi wykorzystuje się do uprawiania dydaktyki w monstrualnych wymiarach. Proszę Państwa, ci młodzi po kilku sezonach takiej „pseudo-aktywności dydaktycznej” totalnie jałowieją i stają się „naukowymi eunuchami”. Nie wolno tego robić. Wydaje się, że wprowadzona „magiczna 13” jest rozsądną liczbą i trzeba się jej trzymać.
Zdobywaniu grantów powinno towarzyszyć zatrudnianie pracowników na etatach naukowo-badawczych (doktorantów, postdoków, a nawet profesorów). Takie są sprawdzone modele i mechanizmy na prestiżowych uniwersytetach zachodnich. To jest swoisty sposób na sukces naukowy, dydaktyczny i bez wątpienia finansowy.
Podsumowując, przy rozdziale pieniędzy na uczelni trzeba się kierować ustalonym algorytmem (pewnie ministerialnym, bo wydaje się być dość racjonalnym), ujawnić go, upowszechnić i konsekwentnie stosować na poziomie katedry, bez dodatkowego ręcznego sterowania i gmerania. Reguły muszą być jasne, przejrzyste i trwałe, a rozdział jawny.
CZYŻ NIE JEST TO NASZE ELEMENTARNE PRAWO ?... Collapse
Krzysztof M. Abramski, profesor, Wydział Elektroniki
Dwa lata temu byliśmy świadkami bolesnej porażki Politechniki Wrocławskiej w ministerialnym konkursie o miano „Uczelni Badawczej”. Zauważyłem, że wywołało to olbrzymie poruszenie wśród pracowników, zwłaszcza młodych, którym od długiego czasu wmawiano jaką to jesteśmy wspaniałą uczelnią. Widać to było po frekwencji młodych na otwartym spotkaniu z władzami uczelni poświęconym temu przygnębiającemu epizodowi. Przyznajmy, był to kubeł zimnej wody, o którym szybko jednak zapomniano, bo pojawił się ważny temat zastępczy – koronawirus.
Przy mijającej pandemii, jest pora, aby wrócić do tematu . Od pięćdziesięciu lat jestem obserwatorem i uczestnikiem życia akademickiego, zwłaszcza wrocławskiego. Jako tak zwany młody pracownik naukowy pamiętam, że przez prawie 20 lat końcówki komunizmu (1970–1990) rozwój naukowy grup badawczych możliwy był dzięki bardzo skromnemu finansowaniu państwa, polegającemu nie na grantach, ale raczej na tym, kto ile „wynegocjował” od dyrektora instytutu, dziekana, rektora. Nie było żadnych jasnych reguł rozdziału pieniędzy, a jeśli nawet były, to niestety znane było tylko nielicznym i wtajemniczonym, ale nie młodym. Miałeś młody pracować naukowo, nauczać, mogłeś zarabiać najwyżej jakieś zlecone, ale żadnych racjonalnych i przejrzystych reguł. Wydawało się, że po 1990 coś się zmieni, przynajmniej powinno, i to radykalnie. Tymczasem te zmiany może symbolizować jedna fraza z przypadkowo usłyszanej przeze mnie rozmowy pewnego „profesora wrocławskiego” zagadującego „profesora warszawskiego” – „Jasiu, jak tam u was w Warszawie? Są jakieś zmiany? Bo u nas udało się wszystko utrzymać po staremu”. W tej powyższej wypowiedzi zasadza się cała istota przemian naszej uczelni po 1990 roku i zapewne nie tylko naszej.
Nie jest moim celem biadolenie. Chcę w tym wywodzie poruszyć istotną sprawę – pieniędzy, a dokładnie ich rozdziału.
Ale od początku. Rolą uczelni (zwłaszcza badawczej) są badania i nauczanie (choć traktowane równorzędnie, to w takiej właśnie kolejności, jak czasami wydawany werdykt meczu bokserskiego – „remis ze wskazaniem na …”). Zawsze były jakieś algorytmy przydziału pieniędzy uczelniom z Ministerstwa. Nie znałem ich wcześniejszych wersji, ale od czasu, kiedy zostałem kierownikiem zakładu, a potem katedry (2002, 2007), życie zmuszało mnie choćby próbować dociekać jak ta dystrybucja działa. Władze uczelni przydzielały tzw. pieniądze budżetowe wydziałom według sobie tylko znanego algorytmu (powiedzmy quasi-ministerialnego). Na Wydziałach zapanowały dwa modele redystrybucji pieniędzy:
1. Pierwszy model, bardzo prosty, „cały budżet w rękach dziekana” (to wydział odpowiadał za płace, obsługę wszystkiego i wszystkie opłaty), a do dziekana szło się ewentualnie po „ekstrasy”.
Z góry osądzę, że to model absolutnie demotywujący, beznadziejnie niesprawny, niesprawiedliwy, bez perspektyw rozwoju i nawet nie zamierzam tego wyjaśniać.
2. Drugi model, wprowadzony chyba z siedem lat temu, opierał się na algorytmie bazującym też na ministerialnym, bardziej albo mniej modyfikowanym na wydziale, z budżetem rozdzielanym na katedry (moja katedra od lat brała udział w tej procedurze). Zatem jednostką odpowiedzialną za bilansowanie budżetu była katedra, która dysponowała pieniędzmi na wszystko (płace, obsługę, sprzątanie, media itp.) Pełna samorządność. To jest niełatwe, ale to zmusza kierownika i pracowników katedry do racjonalnego gospodarowania każdą złotówką.
Wyjątek stanowił budżet rozdysponowany w roku 2020, który charakteryzował się tym, że za nim nie stał żaden racjonalny algorytm.
Algorytm ministerialny zwykle uwzględnia/ł pięć zasadniczych elementów z różnymi wagami:
- czynnik kadrowy,
- czynnik dydaktyczny („magiczna 13”),
- dorobek naukowy (publikacje, patenty),
- aktywność naukową (granty, zlecenia, ekspertyzy, działalność międzynarodowa),
- rozwój młodej kadry (doktoranci, habilitacje).
Zrównoważony rozwój, uwzględniający te wszystkie elementy, powinien pozwalać katedrze, zwłaszcza przy dobrym gospodarowaniu, wychodzić z budżetem na plus. Niestety, są katedry, które wykazują istotne braki z powodu:
- przerostu kadry (duże koszty),
- deficytu publikacyjnego,
- braku aktywności naukowej (grantów, zleceń, a więc choćby braku tzw. narzutów)
i ich wyniki finansowe są niepomyślne. Są katedry, gdzie cała para idzie w zarabianie na „nadgodzinach dydaktycznych”. Młodych ludzi wykorzystuje się do uprawiania dydaktyki w monstrualnych wymiarach. Proszę Państwa, ci młodzi po kilku sezonach takiej „pseudo-aktywności dydaktycznej” totalnie jałowieją i stają się „naukowymi eunuchami”. Nie wolno tego robić. Wydaje się, że wprowadzona „magiczna 13” jest rozsądną liczbą i trzeba się jej trzymać.
Zdobywaniu grantów powinno towarzyszyć zatrudnianie pracowników na etatach naukowo-badawczych (doktorantów, postdoków, a nawet profesorów). Takie są sprawdzone modele i mechanizmy na prestiżowych uniwersytetach zachodnich. To jest swoisty sposób na sukces naukowy, dydaktyczny i bez wątpienia finansowy.
Podsumowując, przy rozdziale pieniędzy na uczelni trzeba się kierować ustalonym algorytmem (pewnie ministerialnym, bo wydaje się być dość racjonalnym), ujawnić go, upowszechnić i konsekwentnie stosować na poziomie katedry, bez dodatkowego ręcznego sterowania i gmerania. Reguły muszą być jasne, przejrzyste i trwałe, a rozdział jawny.
CZYŻ NIE JEST TO NASZE ELEMENTARNE PRAWO ?... Collapse








